|
Nazywam się
ALADINO de Karencaba. Jeszcze niedawno, bo 31.05.2007r.
przyszedłem na świat w zalanej słońcem Barcelonie, w hodowli De
Karencaba.
|
Jak troszkę
podrosłem dowiedziałem się, że moim ojcem jest ANGELO Du Terroir De Fontfroide, a mamą HELIOS Nova. Mama pokazywała mi świat i uczyła jak
powinien się zachowywać dobrze wychowany buldożek. Pewnego dnia mama
poprosiła człowieka o imieniu Enrique - swego
opiekuna, aby trochę jej
|
 |
pomógł w codziennych obowiązkach, bo przecież nie
mogła wszystkiego robić sama. Enrique od razu wziął się do
roboty i ... zaczął mi podawać jakieś suche kulki do jedzenia, błe...,
wcierać w nos dziwną substancję - podobno miałem za suchy,
czyścić uszy - ale nie tak jak mama to
|
robiła, tylko
gmerał paluchami z wacikiem. Zaczął mnie też czyścić
ściereczką do pup niemowlaków - tych ludzkich...
W końcu zaczął razem ze swoją żoną
Carmen robić mi zdjęcia, ustawiać mnie
w dziwnych pozach, to przodem, to bokiem, to lewą, to prawą
stroną - nie wiedziałem o co im chodzi. Chyba nie
chcieli się mnie pozbyć? |
 |
|
 |
Starałem się nawet podsłuchać ich rozmowy, ale byłem mały
i nic z tego nie rozumiałem. Postanowiłem więc, że nie będę
się ładnie ustawiał do zdjęć, dopóki ludzie nie powiedzą mi
wyraźnie o co chodzi.
To była dobra decyzja, bo już wkrótce dowiedziałem się, że
we wrześniu przyjadą po mnie ludzie aż z Polski. O rany!
Tylko czy ja chcę tam jechać? To przecież tak daleko od
mamy, od |
słoneczka i od
nich... Na pocieszenie Enrique zdradził mi sekret, że nie będę tam
sam tylko z ludźmi i że czeka na mnie buldożek Charlie. Enrique
powiedział mi również, że Charlie nie może się już doczekać
mojego przyjazdu i przygotował dla mnie posłanie
i zabawki. Od razu mi ulżyło! Zacząłem się zastanawiać jak to
będzie z drugim facetem pod jednym dachem, ale Enrique uspokoił
mnie, że Charlie jest łagodny i nie będzie dla mnie
niemiły. Jednego się jednak nie spodziewałem... Tam gdzie miałem
pojechać jest również kot! Co ja zrobię, przecież razem z mamą
ganiałem za kotami? Jak ja się powstrzymam? Muszę się nad tym
mocno zastanowić. Mijały tygodnie, rosłem, rozmyślałem...
|
Pewnego
słonecznego dnia kiedy wygrzewałem się na tarasie, przybiegł
do mnie Enrique i oznajmił, że ludzie przyjechali się ze mną zobaczyć. Dobrze, niech przyjdą
- powiedziałem. No i stało
się. Przyszli. Nawet sympatyczni. Uśmiechali się do mnie,
głaskali, rzucali piłeczkę. Widziałem, że spodobali się
również mojej mamie, cioci, siostrze i Enrique. |
 |
|
 |
W końcu dałem się wziąć na ręce.
Najpierw Pani oczywiście. Potem dałem jej nawet buziaka i
nie chciałem, żeby mnie wypuszczała. Pana to się bałem na
początku, bo miał dziwne włosy na dole głowy i wąsy. Potem się jednak przełamałem i jemu
również dałem się wziąć na ręce
i ponosić. Dałem mu też buziaka. Ludzie
powiedzieli mi, że będą do mnie mówić FERMIN.
Spodobało mi się to imię i kazałem |
wszystkim tak się nazywać. Ludzie obiecali mi, że za
dwa tygodnie znów przyjadą
i nie zabiorą. Smutno mi się zrobiło jak pojechali i zacząłem
odliczać dni. Czas szybko zleciał i po dwóch tygodniach znów się
pojawili. Pokazali mi czym będziemy jechać do domu
i zapytali czy może być. Zgodziłem się. Enrique
nie mógł się ze mną rozstać, nawet mu coś słonego spłynęło po
policzku. Dałem mu buziaka, podziękowałem za wszystko i wsiadłem
z ludźmi do maszyny na
|
kółkach. Całą
drogę jechałem z Panią na tylnym siedzeniu. Byłem bardzo
grzeczny, spałem, oglądałem widoki zza szyby, a na siusiu
wychodziłem tylko tam gdzie mi pokazali ludzie. W końcu
dojechaliśmy do domu, gdzie czekał na mnie Charlie no i kot.
Nazywali go Fred jak się potem dowiedziałem. Charlie
przywitał mnie bardzo wylewnie i dał do zrozumienia, że
wszystko będzie
w porządku. |
 |
On i ludzie
dotrzymali słowa i nie wyobrażam sobie życia bez nich. A my nie
wyobrażamy sobie życia bez Ciebie Ferminku - to napisałem pod
dyktando ludzi ;)) |